as Gaeilge English version




Gdy Najwyższy Ojciec niebieski raczył w swoim miłosierdziu oświecić moje serce łaską, abym za przykładem i pouczeniem świętego naszego Ojca Franciszka czyniła pokutę, niedługo po jego nawróceniu wraz z kilkoma siostrami, które mi Pan dał wnet po moim nawróceniu, przyrzekłam mu z własnej woli posłuszeństwo, tak jak Pan udzielił nam światła swej łaski

Z Testamentu św. Klary

Uniwersytecka działaczka wciąż aktywna
- Historia S. Faustyny

Pewnego śnieżnego, wiosennego dnia, siedziałam na strychu olbrzymiego starego domu, przy małym drewnianym stole. Bylo to w Kanadzie, w Quebek, mieście położonym na półwyspie Gaspes. Pisałam list, a w moim sercu toczyła się walka. Była ona spowodowana tym, że zdałam sobie sprawę, iż czuje powołanie do życia zakonnego, co więcej do życia kontemplacyjnego w klauzurze. Adresatem listu, który pisałam, była przełożona Sióstr Klarysek, w klasztorze w Galway. Gdzieś wewnątrz czułam się bardzo rozdarta. Z jednej strony miałam nadzieję, że znalazłam się na niewłaściwej drodze, i że to tylko jakiś przejściowy etap w moim życiu, z drugiej zaś strony, miałam głębokie przeczucie, że jednak kryje się w tym coś więcej.

Gdy byłam młodsza bardzo imponowały mi przeróżne historie na temat świętych, takich jak św. Teresa z Lisieux, francuska zakonnica, karmelitanka. Pamiętam jak wtedy bardzo pociągało mnie życie zakonne. To wszystko jednak z czasem wyparowało, ulotniło się. Teraz natomiast powróciło ze zwiększoną siłą. Jak to się stało, że po tylu latach znów zaczęłam o tym myśleć…?

Byłam czwartym z sześciorga dzieci w naszej rodzinie. Nasze codzienne życie było przeniknięte wiarą i przypuszczam, że właśnie to mogło wpłynąc na mój wybór, podobnie jak fakt, iż siostry zakonne pracowały w mojej szkole, a ja byłam mocno poruszona ich przykładem. To właśnie one pokazały mi, że warto żyć dla Boga i innych ludzi. W tamtym czasie wiele sióstr zakonnych nosiło habit i ten znak bardzo mocno przypominał mi o istnieniu Boga i Nieba. Myślę, że ziarno mojego powołania mogło być zasiane właśnie w tym czasie. Pozostało w mojej świadomosci to, że są osoby, które zostawiają wszystko, aby pójść za Panem.

Bardzo miło wspominam czas szkoły średniej oraz nawiązane wówczas, dobre i trwałe przyjaźnie. Od czasu do czasu myśl o powołaniu wracała do mnie, ale tak naprawdę nigdy się nią zbytnio nie przejmowałam. Życiowe wybory, które miałam podjąć w dalekiej, jak mi się wydawało przyszłości, nie przeszkadzały mi cieszyć się szkołą. Poza tym było wiele innych spraw, które przyciągały moją uwagę, nie wyłączając chłopaków. Miałam wielu, dobrych przyjaciół i w czasie weekendów uwielbiałam chodzić razem z nimi do nocnych klubów na dobrą zabawę.

Kiedy zaczęłam studiować Sztukę na uniwersytecie, zaczęłam sobie zdawać sprawę z rosnącej we mnie pustki, która ciągle mi towarzyszyła. Studiowanie dawało mi wiele radości, ale gdzieś głębiej była we mnie tęsknota za czymś więcej, która po prostu nie chciała odejść.

Wydaje mi się, że właśnie w tym czasie zaczęłam stawiać sobie pytanie o sens mojego życia. Być może skutkiem tego, było moje wzrastające zaangażowanie w działalność grup studenckich, organizujących różne kampanie, dotyczące głównie obrony praw człowieka. Ostatecznie najwięcej mojej energii pochłaniała działalność w organizacji Pro-Life. W gronie studentów byłam typową idealistką, działaczem i jeśli nawet ten mój aktywizm był dobry sam w sobie, wiedziałam, że jednoczesnie był też sposobem na to, by uciekać przed głębszymi pytaniami, dotyczącymi początku i celu mojego życia.

Na drugim roku studiów postanowiłam wziąć sobie roczny urlop dziekański i pojechać za granicę. Mając trochę doświadczenia w uczeniu języka angielskiego, postanowiłam starać się o pracę nauczycielki w Quebeku, w Kanadzie, mając cichą nadzieję, że przy tej okazji podszlifuje nieco mój francuski. I kiedy otworzył się przede mna świat z jego możliwościami, moja wiara zaczęła odpływać. To właśnie podczas mojego pobytu w Quebek wiara stała się dla mnie wyzwaniem większym niż cokolwiek dotychczas.

Quebek należał do bardzo solidnej, katolickiej prowincji w Kanadzie aż do lat 60-tych, kiedy to miała miejsce tzw. "Cicha Rewolucja". W jej czasie wszystko, co w przeszłości wiązało się z katolickim etosem zostało zakwestionowane. Kiedy przybyłam do Quebeku, katolicki etos odchodził, pojawiało się natomiast coraz więcej niechęci dla samej religii w ogóle, jesli nie nawet troche cichej nienawiści. Ta atmosfera sprowokowała mnie do postawienia sobie pytania o moją wiarę, czy ma ona jakieś odzwierciedlenie w moim życiu, czy też nie. Praktycznie przestałam chodzić na Msze Św., odmawiałam jeszcze pare modlitw, ale chyba bardziej z przyzwyczajenia. Zaczełam na nowo patrzeć na wiarę katolicką, w której dorastałam i nagle uświadomiłam sobie, że moja znajomość jej jest bardzo nikła. Tak naprawdę nigdy poważnie nie zajmowałam się pytaniami związanymi z wiarą i moralnością. Teraz jednak wiedziałam, że nie mogę ich już ominąć. Także i to, że przebywałam daleko od mojego rodzinnego domu, pozwoliło mi spojrzeć na życie w zupełnie nowy sposób.

Pewnego dnia znalazłam się w kościele, zupełnie sama, w obcym kraju, i modliłam się tak, jak nigdy dotąd, wołając z głębi mej duszy, i prosząc Boga, aby pomógł mi obrać właściwą drogę. Wkrótce potem znalazłam ulotkę z wizerunkiem Matki Bożej na okładce. Zawierała ona radę dla osób, które poszukują właściwej drogi w życiu, aby w tej właśnie intencji odmawiali Różaniec i Koronkę do Bożego Miłosierdzia. To było to, czego szukałam, więc zaczęłam się modlić z głębi mojego serca, odmawiając Różaniec. Niedługo potem, bardzo głęboko doświadczyłam miłości Boga względem mnie. I co dziwne, było to bolesne, a jednocześnie ogromnie radosne. To przeżycie sprawiło, że spojrzałam na siebie w świetle Bożej miłości, odkrywając jednocześnie te obszary w moim życiu, które wymagały zmian. Z jednej strony czułam głęboką radość, z drugiej zaś wielki ból, że tak długo byłam daleko od Boga. Pamiętam, że płakałam wtedy przez prawie cały weekend. Moja współlokatorka nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, a ja naprawdę nie miałam pojęcia, jak jej to wszystko wytłumaczyć, prawdopodobnie dlatego, że nie byłam do końca pewna, co się ze mną działo.

To całe doświadczenie dało mi nową wizję Kościoła, pokazało mi Jego znaczenie i to kim jest Bóg. Niespodziewanie stał się On dla mnie bardzo realny i rzeczywisty, nie był jakąś koncepcją ludzkiego umysłu, ale Osobą, której doświadczyłam i poznałam sercem. Czułam, że teraz mogę powierzyć się Bogu i szukać Jego Woli, w sposób jaki nigdy wcześniej nie czyniłam. Wiedziałam też, że nie mogę wykluczyć możliwości wyboru życia zakonnego. Czymś innym jednak było dla mnie przechodzenie przez dramatyczne duchowe przebudzenie, a czym innym rozważanie powołania zakonnego. Wydawało mi się, że jest to trochę za wiele jak dla mnie, ale czułam, że muszę się z tym zmierzyć, cokolwiek oznaczałoby to dla mnie. Miałam mocne przekonanie, że inaczej nigdy nie będę prawdziwie wolna. W końcu przecież istniała też możliwość, że Boży plan dla mnie nie będzie dotyczył życia zakonnego. Jednak czas upływal, a myśl o życiu zakonnym nie chciała odchodzić. Na początku powodowała we mnie wiele udręki. Zmierzałam w kierunku prawniczej kariery i jak wiele kobiet w moim wieku miałam nadzieję, że pewnego dnia wyjdę za mąż i założę rodzine. Wiedziałam jednak, że największe szczęście odnajdę podążając za tym, czego Bóg pragnie dla mnie, cokolwiek miałoby to być.

Siostry Klaryski były pierwszym zakonem, który mi przyszedł na myśl i jedynym, który na serio rozważałam. Pamiętam, że słyszalam o siostrach, które wstawały w nocy, aby się modlić. Miałam wrażenie, że jest jakaś tajemnica skrywająca ich życie, która mnie bardzo pociągała. Postanowiłam napisać prośbę o przyjęcie, mając wciąż nadzieję, że kiedy wypowiem te moje myśli, to one po prostu pójdą sobie.

A jednak nie poszły. Kiedy wróciłam z Quebeku do rodzinnego domu spotkałam się z Matką Przełożoną, a ponieważ miałam jeszcze jeden rok do ukończenia studiów, poradziła mi, abym najpierw go ukończyła. Tak więc przez następny rok pochłaniało mnie życie na uniwersytecie. Wszystko co, do tej pory przeżywałam było niespodziewane i szybkie, zaś ten rok dał mi więcej czasu na refleksję i okazję do głębszej modlitwy nad tym, co miałam zamiar podjąć.

Było mi bardzo trudno powiedzieć mojej rodzinie o moim zamiarze wstąpienia do sióstr. Wiedziałam, że dla wszystkich będzie to trudne, a szczególnie dla rodziców. Jednak pomimo tego, że kosztowało ich to bardzo, okazali mi miłość i wsparcie. Niełatwe było również oznajmienie tego moim przyjaciołom. Nim jednak zdążyłam im to powiedzieć, niektórzy z nich już dowiedzieli się o tym wcześniej. I choć moja decyzja nie była dla nich do końca zrozumiała, to jednak ją zaakceptowali.

Wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek wstąpie do klasztoru to będzie to mały cud, gdyż ciągle wydawało mi się, że nie potrafię tego zrobić. Wyobrażałam sobie, że siostry są tak uduchowione, że nie muszą przechodzić takich zmagań jak ja i było dla mnie ogromną ulgą, kiedy usłyszalam, że jednak tak nie jest. W dniach i tygodniach poprzedzających moje wstąpienie, czułam się naprawdę jakby niesiona przez Boga oraz przez miłość i wsparcie mojej rodziny i przyjaciół. Jeszcze tego samego roku ukończyłam studia i jesienią otrzymałam dyplom. Tydzień później dołączyłam do wspólnoty Sióstr Klarysek w Nuns Island, w Galway.

Niepokój, który tak długo odczuwałam, nie opuścił mnie, dopóki nie zrobiłam tego kroku. Muszę przyznać, że trochę trwało zanim odnalazłam się w nowym życiu, tak bardzo różnym od poprzedniego. Nie stajesz się klaryską w ciągu jednej nocy! Przez pierwszych kilka lat, widząc siostry idące w procesji bądź klęczące w dziękczynieniu po Mszy Św., czy też spożywające posiłki w milczeniu, uświadamiałam sobie, że teraz jestem jedną z nich, a co najmniej aspiruje do tego, by być jedną z nich. I gdzieś wewnątrz słyszałam pytanie: "Jak ci się udało tu dostać?".

Czasami wracałam do przeszłości, wspominając lata studenckie i moje zaangażowanie. Ciągle jestem entuzjastką kampanii, choć w nieco inny sposób. Dziś przyjmuje to formę powierzania Panu w modlitwie nie tylko spraw ważnych dla mnie, ale także potrzeb całego Kościoła, świata i całej ludzkości. Sądze więc, że prawdą jest, iż nadal jestem zaangażowana w kampanię.

Poczucie pełni, którego doświadczam nie jest łatwo ująć w słowa. W Ewangelii znajduje się przypowieść, która to bardzo dobrze ilustruje. Mówi ona o kupcu, poszukującym pięknych pereł. Kiedy znalazł on jedną, drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko co miał i kupił te perłę. Osoby, które mają podobne doświadczenie, niezależnie od rodzaju powołania, wiedzą, że nic nie może się równać z radością i pokojem, który rodzi się ze świadomości, że życie każdego z nas ma wartość, znaczenie, ma swoje szczególne miejsce w Bożym Planie.

Kończę więc słowami, które wypowiedziała św. Klara umierając w klasztorze w Asyżu w 1253 roku, czyniąc je moimi własnymi: "Dzięki Ci, Panie, za to, żeś mnie stworzył".

"Kiedy będziecie mnie szukać, znajdziecie Mnie, gdy będziecie Mnie szukać z całego waszego serca". (Jer,29

Podczas jazdy konnej
Przed dyskoteką
Moje śluby
S. Faustyna
© Poor Clares, Galway | Prawa autorskie